W końcu mam tu normalnie działający internet.
Próba ściągania sygnału od sąsiadów nie powiodła się >kurde, wszyscy hasła pozakładali - nieładnie z ich strony, że nie myślą o bliźnich<
Co mogę napisać więcej...
To urokliwe miasto, które pokochałam.
Nie czuję tęsknoty za domem - to chyba najdziwniejsze.
Nie mogę nadziwić się znajomym, którzy w każdy piątek po wykładach wsiadają do podstawionego autobusu i ruszają do rodzin.
Jak dla mnie czysta abstrakcja.
W sumie bez większej dla mnie różnicy, czy siedzę sama w tutejszym mieszkaniu czy sama w tamtejszym domu.
Przerażająca jest ilość materiału, który będę musiała wkuć na pamięć.
Za każdym razem patrząc na stos podręczników uświadamiam sobie, że to chyba nie był najtrafniejszy wybór jakiego mogłam dokonać.
Nic to.
Pozostaje zacisnąć zęby i przedzierać się przez niezliczone przepisy prawa.
A im dalej, tym weselej.
Na razie aktywność towarzyska ogranicza się do poznawania coraz to nowych twarzy. Imion i tak nie potrafię zapamiętać. Z masy pierwszorocznych niektóre buźki są już znajome. O dziwo, nawet z kimś rozmawiam. O tyle to specyficzne, że zasadniczo nie jestem osobą jakoś szczególnie miłą w obejściu - czytaj skurwiel taki.
Mam gdzie bywać i mam komu podkradać jedzenie z lodówki.
Postęp.
Zasadniczo mogę się w końcu skupić na tym wszystkim, co zawsze sprawiało mi dużo radości. Siedzę i maluję z pasją maniaka, czytam, włóczę się nocami po mieście. Jakiś wewnętrzny spokój - w końcu. Chore znajomości zostały zakończone - powiew nowej energii. Pomimo braku snu, chodzenia na głodniaka czuję się całkiem szczęśliwą jednostką. Więcej mi do szczęścia jak na razie nie potrzeba - i to mnie chyba najbardziej cieszy. Nie muszę uzależniać własnego szczęścia od jakiś super wymagań materialnych, od innych ludzi czy sytuacji.
Piosenka na dziś
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz