Używając popularnego ostatnio zwrotu, "pizga złem" na zewnątrz.
Dosłownie.
Wyjście na tą przecudownie ośnieżoną przestrzeń, na czas nie dłuższy niż pół godziny spowodowało jakże nieznośny ból stawów.
Jak widać starzeję się.
Albo najzwyczajniej w świecie wyszłam z wprawy, przyzwyczajona do wygodnickiego korzystania z komunikacji miejskiej.
Przeraźliwie nudno.
Maluję.
Śpię.
Więcej muzyki.
Więcej malowania.
Zasypiam ze słuchawkami, żeby nie słyszeć krzyków.
To pewnie kolejna forma ucieczki.
Mało wyrafinowana jak na moje możliwości, ale cóż.
Bawię się z kotem.
Koty to cudowne istoty.
Patrzysz mu w oczy i wiesz, że on wie.
To fascynujące.
Czuję się spokojniejsza.
Mruczenie uspokaja.
Wprawia w stan cudownej błogości.
Na chwilę.
Wystarczy chwila.
Chwila to czasem wieczność.
Ogólnie pojęcie wieczności jest zabawne.
Skąd mam wiedzieć czym jest wieczność?
Nigdy nie będę tyle żyła.
To takie względne.
Dla niektórych wieczność to podroż autobusem trwająca trzy godziny, dwadzieścia dwie minuty i piętnaście sekund.
Dla innych to łamane im z wielką precyzją kości i wbijane pod paznokcie igły.
Całość trwa jakieś dziesięć minut.
To wieczność.
Dla mnie wieczność nie istnieje.
Są tylko stany wzmożonego znudzenia.
I biernego przypatrywania się rzeczywistości.
Chociaż kim ja jestem, żeby wypowiadać się o czymś takim jak rzeczywistość.
Kolejne zbyt trudne jak dla mnie pojęcie.
RZECZYWISTOŚĆ.
Dobre sobie...
Czasem jest dobrze unikać realnego kontaktu.
do słuchania: Depeche Mode
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz