Home, sweet home...
Nie, nie czuję się tu dobrze.
Przyjechałam do domu jedynie dla spotkania ze znajomymi, których dawno nie widziałam.
I tyle.
Atmosfera w samym "domu" jest przytłaczająco ciężka.
Brakuje mi tu ciepła.
Najlepszą metodą na przetrwanie jest nie odzywanie się i przemykanie cicho korytarzem.
Im mniej widocznie tym lepiej - 19 lat praktyki mnie tego nauczyło.
Refleksje z 1 listopada?
Niezmienne od kilku lat.
Niby zaduma, niby kontemplacja nad przemijaniem, ale jednocześnie święto pychy ludzkiej.
Bo ja MUSZĘ mieć lepiej wysprzątany grób niż ten obok, bo ja MUSZĘ mieć większą wiązankę, ostatecznie ja MUSZĘ wyglądać dużo lepiej niż cała reszta rodziny. Ot takie przepychanki. Z jednej strony sam cel święta, który wydaje się być całkiem słuszny, a z drugiej tradycyjnie już ludzka głupota - jedna z nielicznych rzeczy, których oprócz śmierci możemy być pewni.
Odliczam dni do powrotu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz